Germinal - część piąta
Stefan czytał głośno warunki, a stary potrząsał głową słu- chając go. Kiedy nazajutrz wybrali się obejrzeć nowe
miejsce pracy, zwrócił Stefanowi uwagę na oddalenie chodników od szybu wyciągowego, na kruchość stropu grożącego zawaleniem, na to, że węgiel tu jest twardy, a pokłady małej grubości. Ale skoro chcieli jeść, musieli pracować. Następnej niedzieli zgłosili się więc do przetargu. Odbywał się on w baraku, pod przewodnictwem inżyniera, któ- remu asystował nadsztygar. Przed ustawionym w ką- cie niewielkim podium zgromadziło się pięciuset do sześciuset górników. Jedne cyfry padały za drugimi, słychać było jedynie głuchy pomruk głosów. W pewnej chwili Maheu przestraszył się, w nie uda mu się otrzymać ani jednego z czterdziestu ofiarowanych przez Towarzystwo miejsc. Przedsta- wiciele poszczególnych ekip, zaniepokojeni pogłoska- mi o kryzysie, przerażeni widmem bezrobocia, zni- żali ceny. Inżynier Negrel nie śpieszył się więc z zamykaniem przetargu, czekając, aż spadną one do minimum. Dansaert zaś obłudnie wychwalał no- we pokłady. By dostać swoje pięćdziesiąt metrów pola, Maheu musiał stoczyć zaciętą walkę z kolegą. To jeden, to drugi z nich opuszczał po centymie z wózka. Maheu zwyciężył, ale za cenę takiej obniżki płac, iż stojący za nim sztygar Richomme szturchał go łokciem i mruczał ze złością, że przy takiej za- płacie nigdy nie wyjdzie na swoje. Kiedy opuścili barak, Stefan zaczął kląć. Gniew jego wzmógł się jeszcze, kiedy zobaczył Chavala wracającego z Katarzyną od strony pól, przechadza- jącego się wówczas, gdy jego teść kłopotał się o chleb dla wszystkich. — Psiakrew! — krzyknął. — To dopiero drań- stwo! Zmuszają robotników, żeby pożerali się na- wzajem! Chaval wybuchnął. On nigdy nie byłby opuścił! Zachariasz, który podszedł do nich przez ciekawość, oświadczył, że to oburzające. Lecz Stefan przerwał mu gestem tłumionej wściekłości: — To się skończy! Przyjdzie dzień, kiedy my bę- dziemy gospodarzami! Maheu, który od chwili zakończenia przetargu nie odezwał się ani słowem, ocknął się jakby i powtó- rzył: — Gospodarzami... No, czas już na to najwyższy! ii Była ostatnia niedziela lipca, doroczny kiermasz w Montsou. Już w sobotę wieczorem dobre gospody- nie szorowały mieszkania, robiąc istny potop, całymi wiadrami wylewając wodę na podłogę i posypując ją potem białym piaskiem. Dzień zapowiadał się upalny. Ponad nagimi równinami północnej Francji ciężko zawisło niebo zwiastujące burzę. W domu Maheuów niedziela zakłócała normalny bieg życia. Sam Maheu już od godziny piątej kręcił się na łóżku i wreszcie wstawał, gdy tymczasem dzieci wylegiwały się do dziewiątej. Tego dnia Maheu wyszedł z fajką do ogrodu, po- tem, nie mogąc doczekać się śniadania, sam zjadł kromkę chleba. Ranek upłynął mu nie wiadomo na czym: naprawił cieknący cebrzyk, pod zegarem z ku- kułką powiesił portret następcy tronu, którym po- przedniego dnia bawili się malcy. Tymczasem jeden po drugim zaczęli schodzić się domownicy; dziadek Bonnemort zniósł krzesło i usiadł przed domem na słońcu. Matka z Alzirą zabrały się do gotowania. Nadeszła Katarzyna popychając przed sobą Lenorę i Henryka. Biła jedenasta, zapach królika gotowa- nego z ziemniakami rozchodził się już po całym domu, kiedy zjawili się wreszcie Zachariasz i Janek, zaspani jeszcze i poziewający. W kolonii wrzało. Podnieceni świętem, wszyscy szykowali się spiesznie, aby jak najprędzej wybrać się do Montsou. Dzieci biegały gromadkami, męż- czyźni, bez marynarek, leniwie człapali sabotami. Szeroko otwarte na przyjęcie pięknego dnia drzwi i okna ukazywały wnętrza izb pełnych ruchu i gwa- ru. Zewsząd dolatywała woń gotowanego królika, woń właściwa kuchniom ludzi zamożnych, która tego dnia głuszyła zastarzały zapach smażonej cebuli. Maheuowie zasiedli do obiadu punkt o dwunastej. W porównaniu z hałasem naokół, ciągłymi nawoły- waniami, sąsiedzkimi prośbami o pożyczenie garnka, pokrzykiwaniem na dzieci i odgłosem klapsów, u nich panował względny spokój. Stosunki z Le- vaque'ami uległy od trzech tygodni znacznemu ochło- dzeniu z powodu projektowanego małżeństwa Za- chariasza z Filomeną. Mężczyźni widywali się, ale za to kobiety udawały, że się nie znają. Ta sprzeczka przyczyniła się do zacieśnienia przyjaźni z Pierron- ką. Lecz tego dnia Pierronka, zostawiwszy pod opie- ką matki męża i Lidkę, wybrała się do Marchiennes, do kuzynki. Żartowano sobie, bo wszyscy znali tę kuzynkę: miała wąsy i była nadsztygarem w le Vo- reux. Maheudka oświadczyła, że to nie przystoi tak zostawiać rodzinę w dniu kiermaszu. Oprócz królika z ziemniakami, od miesiąca tu- czonego w szopie, na obiad był rosół i wołowina — wypłata przypadła akurat na dzień poprzedni. Od niepamiętnych czasów nie urządzali podobnej uczty. Nawet na świętą Barbarę, owo święto górników, kiedy przez trzy dni wolno im nic nie robić, królik nie był taki tłusty i kruchy. Toteż dziesięć par szczęk, od Estelki, której wcześnie wyrzynały się zęby, począwszy, a na ojcu Bonnemort, który za- czynał je tracić, skończywszy, z takim zapałem wzię- ło się do pracy, że wkrótce zniknęły nawet kości. To dobra rzecz mięso, ałe jadali je zbyt rzadko i dlatego trudno im było je strawić. Na wieczór został tylko kawałek gotowanej wołowiny. Jeżeli będą głodni, zjedzą ją z chlebem. Pierwszy wymknął się Janek. Bebert czekał na niego za szkołą. Długo musieli krążyć, zanim udało im się zwabić Lidkę. Stara Brule, mając zamiar nie wychodzić z domu, chciała zatrzymać ją przy sobie. Kiedy spostrzegła jej zniknięcie, zaczęła krzyczeć i wy- machiwać chudymi rękami. Zniecierpliwiony tym ha- łasem Pierron spokojnie wybrał